Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja skóry w ciąży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja skóry w ciąży. Pokaż wszystkie posty

grudnia 05, 2019

Lanolina - wspaniały składnik ze strasznie krwawą historią w tle

Lanolina - wspaniały składnik ze strasznie krwawą historią w tle
Lanolina kojarzy się z czymś ciepłym, miłym, otulającym i miękkim jak owieczka. Faktycznie jest to produkt pochodzenia zwierzęcego (absolutnie nie jest składnikiem kosmetyków wegańskich), który pozyskuje się bezpośrednio z wełny owiec. To chyba reklamy wszystkich kosmetyków i płynów do prania wzbogaconych o lanolinę zakodowały jej pozytywny obraz w naszej wyobraźni, w sumie całkiem adekwatnie do jej właściwości. Lanolina ma dużo wspólnego z ciepłą owczą wełną – tak jak wełniany koc tworzy na powierzchni skóry okluzję, przez co pośrednio gwarantuje jej nawilżenie. Ma właściwości pielęgnacyjne, odżywcze i ochronne dla skóry. Co więcej, jest to składnik który kojarzy się z zaczynającą się własnie, zimową porą – kiedy spada wilgotność powietrza wokół, skóra również ją oddaje, mając tendencję do przesuszenia. Lanolina świetnie ten problem rekompensuje. Wątpliwą kwestią jest jednak sposób jej pozyskiwania... Czy jest etyczny i czy cierpią podczas tego procesu zwierzęta?

Lanolina to właściwie owczy tłuszczopot. Należy do wosków o ciężkiej, lepkiej konsystencji,  żółtawej barwie i charakterystycznym zapachu. Jest emolientem, a jej najważniejsze właściwości do zdolność do zmiękczania, natłuszczania, okluzji i ochrony naskórka. Gwarantuje skórze miękkość i elastyczność (i tę zdolność zmiękczania wykorzystuje się również przy produkcji płynów do prania w lanoliną) i nie jest komedogenna (nie "zapycha" porów). Większość jej właściwości bazuje na tym, że lanolina jest mieszanką estrów kwasów tłuszczowych ze sterolami, w tym cholesterolem (którego zawiera bardzo dużo i który także jest składnikiem warstwy lipidowej naskórka). Cholesterol jest bardzo pożądany w kosmetykach, żeby przywrócić lipidową równowagę skórze, zwłaszcza w zimie i dla skóry przesuszonej. Poza tym lanolina oprócz właściwości pielęgnujących, jest cennym surowcem przy tworzeniu kosmetyków, jako że pełni rolę emulgatora – jest w stanie zemulgować (pochłonąć) dużą ilość wody. Jest też bardzo kompatybilna z pozostałymi składnikami kosmetyku, gwarantując im lepsze wchłanianie. Zapobiega również nadmiernej keratynizacji, czyli nawarstwianiu się kolejnych, martwych komórek naskórka (np. na stropach), natłuszcza i łagodzi stany zapalne.

Moje dwa słoiczki lanoliny ze sklepów z surowcami kosmetycznymi

Przez jakiś czas lanolinie przypisywano łatkę alergenu, jednak jest to znamię czasów, gdy nie była ona jeszcze tak skutecznie oczyszczana jak w dzisiejszych czasach. Dobrej jakości lanolina oczywiście może uczulać, ale nie jest to tak strasznie powszechne zjawisko.

W kosmetykach najczęściej spotkamy czystą (bezwodną) lanolinę (Lanolinum anhydricum), podczas gdy w recepturze aptecznej króluje lanolina farmaceutyczna uwodniona (Lanolinum hydricum) która zawiera dodatek ok. 25% wody.

Gdzie znajdziemy lanolinę?

  • w proszkach i płynach do prania
  • w produktach leczniczych, maściach, jako składnik opatrunków i kremów przeciwzapalnych i przyspieszających gojenie się ran
  • w kosmetykach ochronnych, natłuszczających, dedykowanych osobom z atopowym zapaleniem skóry i łuszczycą
  • w mydłach i produktach do kąpieli i do włosów  
  • w preparatach dla karmiących matek do skóry brodawek





Osobiście uwielbiam lanolinę. Miałam do tej pory kilka słoiczków, które zużywałam zwykle w zimie. Stosowałam ją albo bezpośrednio na skórę (naj, naj, najlepszy składnik na popękane usta!) albo z jej użyciem ucierałam w parownicy kremy do rąk i stóp, o bardzo odżywczych, ochronnych właściwościach. To wszystko miało jednak miejsce zanim zaczęłam się zastanawiać nad jej faktycznym pochodzeniem. Nie jestem weganką, ale nie jestem też obojętna cierpieniu zwierząt. O tym jednak za chwilę. Wróćmy do kremów z lanoliną – można je bardzo łatwo przygotować w warunkach domowych.

Jak zrobić krem z lanoliną do suchej skóry?
Jest to dużo bardziej prosta historia niż przygotowanie tradycyjnego kremu. Do czystej, zdezynfekowanej parownicy (lub ewentualnie moździerza) przekładamy łyżkę lanoliny i powoli dodajemy do niej wodę lub hydrolat (na przykład 2 łyżki) i dłuugo ucieramy. Pojawi się charakterystyczne strzelanie i zauważymy, że emulsja nabiera powoli jaśniejszego koloru i kremowej konsystencji. Do kremu można dodawać ulubione dodatki, olejki lub witaminy.

A teraz przechodzimy do meritum, czyli... skąd bierze się lanolina?

Lanolinę wytwarzają owce i inne zwierzęta posiadające wełnę. Najczęściej wykorzystywana jest wełna owcza, a jedna czwarta całej wełny na świecie pochodzi z hodowli owiec w Australii. Zwierzęta produkujące wełnę wytwarzają w zimie rodzaj tłuszczopotu - sebum, które dodatkowo chroni je przed temperaturą. Żeby taki tłuszczopot pozyskać, należy najpierw owcę ostrzyc. Następnie wełna przekładana jest do specjalnych pojemników, gdzie jest prana i przełożona do wirówek gdzie runo oddziela się od tłuszczopotu i wody. Następnie lanolina jest oczyszczona z resztek niepożądanych substancji, takich jak np. pestycydy. Pestycydy? Jak to? Ano tak, że owce są opryskiwane pestycydami tak jak uprawy, a czasem nawet i kąpane w pestycydach, dla uniknięcia zasiedlenia ich skór przez pasożyty. Nie wszędzie stosuje się takie praktyki, jednak jest to coś co trzeba wziąć pod uwagę. Na szczęście zarówno prawo europejskie jak i farmakopea narzucają ścisłe regulacje w tej kwestii i lanolina może na ten moment mieć maksymalnie znikomy procent zawartości pestycydów. Po oczyszczeniu, lanolina jest osuszana do osiągnięcia finalnej, twardej konsystencji.

Jeśli komuś ciężko wyobrazić sobie masową produkcję lanoliny, to poniżej wklejam link do filmu na Youtube z fabryki lanoliny:

 

Kwestią budzącą wątpliwości są przede wszystkim metody strzyżenia owiec. Nie zawsze odbywa się to w sposób humanitarny, i często owce są po prostu brane za kopyta do zagrody, gdzie są brutalnie golone do krwi. Jeszcze kilka lat temu głośno było o przeokrutnym mulesingu, czyli wycinaniu płatów wełny wraz ze skórą z tylnych części ciała owiec, żeby zapobiec zasiedlania wełny przez larwy.

Autorytet w kwestii traktowania zwierząt, czyli organizacja PETA, sprzeciwia się złemu traktowaniu owiec już od lat, promując również kampanie kształtujące świadomość ludzi na temat produkcji wełny i ich cierpienia w tym procesie. PETA zachęca do całkowitej rezygnacji z produktów wełnianych, a także jej pochodnych, czyli właśnie lanoliny. Mimo, że w kwestii traktowania owiec wiele się już zmieniło (m.in. w wielu krajach mulesing został zabroniony, tak samo jak kontrolowane są opryski pestycydami i inne procedury) to wciąż istnieje mnóstwo hodowli, gdzie owce są traktowane w barbarzyński sposób. Nie chcę pisać o konkretach, bo są to rzeczy dla ludzi o stalowych nerwach, ale ciekawskich zachęcam do odwiedzenia Googla i Youtuba.

Do tej pory kupowałam lanolinę na stronach z półproduktami. Nie byłam jednak świadoma jak dokładnie się ją pozyskuje... Niestety, ciężko zbadać czy lanolina, którą kupujemy, pochodzi z etycznego źródła. Podobno są hodowle, gdzie gwarantuje się ekologiczny chów owiec, wypasa się je na pastwiskach bez pestycydów, ich strzyżenie odbywa się w sposób bardzo humanitarny i spokojny, bez krzywdzenia. Obróbka runa odbywa się w takich miejscach bez nadmiernego stosowania produktów chemicznych. Brzmi fajnie, ale moje poszukiwania takich miejsc w Polsce szybko legły w gruzach. Wiem, że istnieje marka, która szczyci się organiczną, wolną od pestycydów i okrucieństwa wełną – LanaCare. Produkty tej marki dostępne są m.in. w internetowych drogeriach ekologicznych. Zamierzam przyjrzeć się im bliżej.

Jeśli ktoś z Was ma wiedzę lub komentarze na ten temat, to zachęcam do dzielenia się! Ja zamierzam skończyć mój słoik lanoliny do końca, i kolejnego nie kupię, dopóki nie będę pewna skąd dokładnie ona pochodzi. Zamierzam też zwracać uwagę na ten składnik w INCI (na szczęście jest prosty do znalezienia (Cera Lana, Lanolin).

Tak więc ta ciepła, milutka, miękka i puszysta lanolina, stawiająca przed oczami obraz niewinnego baranka, ma tak naprawdę brutalną historię w tle. Wielka szkoda, bo jest to fantastyczny i ciężki do zastąpienia półprodukt pielęgnacyjny, zwłaszcza zimą. Jednak decyzje etyczne każdy z nas podejmuje dla samego siebie. Ja na ten moment lanolinę sobie odpuszczam, zwłaszcza w komercyjnych i szeroko dostępnych produktach, i rozpocznę poszukiwania etycznych źródeł jej pozyskiwania.


Do poczytania:

https://dziecisawazne.pl/welna-naturalna-czy-nie/
https://www.ekonsument.pl/s134_welna_konwencjonalna.html
https://www.peta.org/about-peta/faq/whats-wrong-with-wearing-wool/

listopada 26, 2019

Dobre, wegańskie i naturalne emulsje do mycia twarzy

Dobre, wegańskie i naturalne emulsje do mycia twarzy
Dziś kilka dobrych kosmetyków, które miałam okazję wypróbować ostatnimi czasy. Wszystkie z nich są w pełni naturalne, wegańskie i nietestowane na zwierzętach.



Jeśli chodzi o kosmetyki do mycia twarzy, to do wyboru mamy kilka rodzajów produktów. Odpowiedni rodzaj kosmetyku powinniśmy dobrać do aktualnych potrzeb swojej skóry. Najczęściej wybierane są żele myjące, a zaraz za nimi sięgamy najchętniej po pianki, mydła, syndety, olejki myjące oraz bohaterów dzisiejszego odcinka, czyli emulsje i mleczka. Te dwa ostatnie to moi wielcy faworyci. W przypadku cery suchej, normalnej i mieszanej, mleczka sprawdzają się idealnie. Są delikatniejsze niż typowe żele oczyszczające, ponieważ nie są typowymi mieszaninami środków myjących, tylko właściwie emulsjami podobnymi do kremu i nie przesuszają dodatkowo skóry. I o tę delikatność właśnie chodzi, warto ją podkreślić. Może być to zdecydowany plus również dla cer tłustych. Sęk w tym, żeby oczyszczanie twarzy przebiegło tak, aby jak najmniej uszkodzić warstwę hydrolipidową, co często serwują nam zbyt mocne detergenty.

W emulsjach i mleczkach, zawartość detergentu jest rekompensowana przez bogactwo olejów i kwasów tłuszczowych, które również radzą sobie z rozpuszczaniem kosmetyków i brudu, które następnie łatwo spłukać wraz z wodą. Dodatkowo, kremy i emulsje tego typu nie pienią się – dla mnie to duży plus, ale wiem, że niektórych to irytuje. Tak samo zwolennicy mocniejszego mycia i osoby z silnym łojotokiem mogą uznać takie emulsje myjące za zbyt słabe. Nie mniej jednak polecam je osobom, których skóra regeneruje się przeszłych epizodach zbyt mocnego mycia (skutkujące aktualnym przesuszeniem), po złuszczaniu (peelingami, kwasami) i innych mocnych kuracjach kosmetycznych. I, tak jak wspominałam wcześniej, ogólnie rzecz biorąc takie produkty są godne polecenia dla posiadaczek cer suchych, wrażliwych i normalnych, a tłuścioszkom można je polecić w zależności od nasilenia łojotoku. Fajnym rozwiązaniem są też emulsje i olejki stosowane do rozpuszczania i usuwania makijażu (czyli etapu pierwszego) i sięgnięcie po żel lub piankę jako drugi etap oczyszczania.




Weleda, Gentle Cleansing Milk, 100ml, 40zł

To jeden z moich faworytów. Pomimo, że alkohol ma już na trzecim miejscu składu, to jakoś mu to wybaczam. Myślę, że przesuszenie mogłoby wystąpić przy zbyt długim jego stosowaniu, np. kilku opakowań na raz. Po zużyciu jednego nie zauważyłam negatywnych skutków takiej receptury. Rekompensatą jest dla mnie prostota formuły, w której króluje olej sezamowy, należący ostatnio do moich ulubionych. Nie czuję przez to, żeby alkohol działał w jakimkolwiek stopniu wysuszająco. Delikatne, kremowe mleczko wylewam bezpośrednio na dłonie i masuję nim mokrą skórę twarzy. Mleczko można nakładać też na zwilżone waciki, ale u mnie tradycyjnie sprawdza się opcja używania produktu bezpośrednio z dłoni. Po kilku minutach takiego masażu, zmywam produkt obficie wodą. Małym minusem jest duży otwór do jego wylewania, moim zdaniem dość nieporęczne wyjście, ale co kto lubi. Mleczko ma lejącą konsystencję, ładnie rozpuszcza makijaż, jest idealnie kremowe i delikatne. Można go używać stricte do demakijażu, uważając jednak na to żeby w żadnym wypadku nie dostał się do oczu. Jednak ja nie używałabym go do tego celu. Za to do typowego oczyszczania skóry w pełni zdaje egzamin. Zapach jest mega mocny i powala mnie na kolana (pozytywnie), chociaż z pewnością będzie wiele osób, dla których będzie on dziwny i duszący. Moim zdaniem jego świeżość jest bardzo orzeźwiająca. Pachnie w sumie podobnie do flagowego kremu Weledy Skin Food, olejkami eterycznymi i mocnymi, zadziornymi cytrusami i irysem. Plus za piękne, szklane opakowanie.




i+m Naturkosmetik Berlin, Mleczko oczyszczające z olejem awokado i ze słodkich migdałów, 150 ml, ok. 30 zł

Dość ciężko dostępne, ale świetne mleczko, które sprawdza się zarówno jako preparat stricte do demakijażu na wacik, oraz do mycia twarzy. Upolowane w TK Maxie. Marka jest w stu procentach "fair, organic i vegan" tak, jak głosi opakowaniach, co jest ogromnym plusem, zauważalnym również w składzie. Nie ma w nim raczej nic do zarzucenia.W przeciwieństwie do Weledy, tutaj dozownik jest zmniejszony do minimum, co z pewnością ułatwia wydobycie produktu na wacik, ale jeśli używamy go prosto na dłoń, potrzebne jest kilka - kilkanaście pompek. Delikatne składniki, brak mocnych i kontrowersyjnych dodatków i wzorowe działanie. Jest baardzo baaardzo delikatne, myślę, że docenią go za to wrażliwcy. Po jego zastosowaniu skóra nie traci nawilżenia. Produkt w stu procentach spełnia swoje funkcje, ale przez dozowanie mam ochotę bardziej używać do jako produkt stricte do demakijażu.





Tropic, Smoothing Cleanse – Complexion purifier, 120 ml, £16 / ok. 70zł

Produkt wypchany dobrem po brzegi. Wysoka cena i bardzo wysoka jakość w jednym. Tak jak i poprzednicy, kosmetyk jest w pełni wegański. Składniki pochodzą z organicznych upraw. Nie jest testowany na zwierzętach. Wszystko co w nim zawarto jest pochodzenia naturalnego, nie ma żadnych kontrowersji w środku. Oprócz roślinnego, pielęgnującego składu (jak w produkcie i+m), formuła wzbogacona jest o ekstrakty roślinne i glukonolakton, co pozwoli na dodatkowe działanie antyoksydacyjne, przeciwzapalne i nawilżające. Bardzo przyjemny, kremowy produkt o ładnym, świeżym zapachu i konsystencji lekkiego mleczka. Jako produkt solo sprawdzi się zwłaszcza dla cer suchych, ponieważ pozostawia wyczuwalny film, który można, ale nie trzeba, usunąć za pomocą miękkiej, bambusowej ściereczki (dostępna w zestawie). W przeciwieństwie do produktów myjących, po których skóra jest często ściągnięta i błaga o nawilżenie, ten produkt pozostawia ją w pełni nawilżoną i odżywioną, zarówno przy zwykłym, porannym myciu, jak i wieczornym, głębszym oczyszczaniu w duecie z demakijażem. Dla mnie to wyraźnie wyczuwalne odżywienie skóry to zdecydowany plus i jakość jakiej szukam w kosmetykach.




Alverde, Clear Waschcreme Heilerde, Emulsja do mycia cery zanieczyszczonej, 100 ml, ok 15 zł

Nie wiem ile opakowań mam już za sobą. To produkt, do którego często wracam, jest po prostu tani  i dobry. Zazwyczaj używam go pomiędzy nowościami, które aktualnie testuję. Producent dedykuje go osobom ze skórą tłustą i zanieczyszczoną, ale ja wcale a wcale bym się do tego nie ograniczała, zwłaszcza do kryterium tłustości. Osoby ze skórą suchą, normalną lub mieszaną, na której występują niedoskonałości i pojawiają się wypryski, też zdecydowanie z niego skorzystają. Tak więc dla skór zanieczyszczonych – zdecydowanie tak! W przeciwieństwie do pozostałych produktów w tym zestawieniu, zawiera on składniki powierzchniowo czynne, jednak nie ma typowej konsystencji żelu do mycia, tylko właśnie przyjemnej emulsji. Tak jak pozostałe kosmetyki, jest to super kremowy produkt. Wygodny, poręczny i bardzo skuteczny. Naturalny i nietestowany na zwierzętach. Świetnie oczyszcza skórę twarzy, będąc przy tym delikatnym. Nie jest to jednak typowy środek do usuwania makijażu (demakijaż lepiej wykonać olejkiem lub dedykowanym produktem przed jego użyciem). Pozostawia skórę z uczuciem odświeżenia i wygładzenia, bez przesuszenia i ściągnięcia. Zapach raczej neutralny. Bardzo go lubię i polecam. Do kupienia w drogeriach DM za granicą, a w Polsce na Allegro i w niektórych sklepach internetowych.



listopada 02, 2019

Zabiegi dla przyszłej mamy

Zabiegi dla przyszłej mamy
Ciąża to wyjątkowy czas. W trakcie tych kilku miesięcy większość kobiet dokłada wszelkich starań aby zadbać o swoje zdrowie, a dzięki temu i wpłynąć na dobrostan rozwijającego się w brzuchu maluszka. Jeśli tylko stan zdrowia na to pozwala, warto zadbać o siebie aby czuć się w tym szczególnym okresie kwitnąco. Każda przyszła mama wie, że stres w ciąży nie jest wskazany, a zabiegi na jakie możemy się udać do specjalistów pomogą nam trzymać go w ryzach. Relaks w takiej formie to niezastąpiona forma radzenia sobie z napięciem. Pamiętać należy jednak, że istnieje także szereg przeciwwskazanych dla kobiet w ciąży zabiegów. Po pierwsze dlatego, że wiele z nich może uszkodzić płód lub zadziałać poronnie. Po drugie, w ciąży w organizmie kobiety zachodzi szereg zmian hormonalnych, co może spowodować odmienną od oczekiwanej reakcję skóry na zabieg lub użyty preparat, istnieje również zwiększone ryzyko wystąpienia alergii.





Pierwszą i najważniejszą sprawą jest poinformowanie osoby wykonującej zabieg o ciąży! Jest to absolutna konieczność, ponieważ niektóre zabiegi mogą mieć swoje wskazania i przeciwwskazania, np. co do trymestru ciąży lub występujących w jej czasie zmian. Większości masaży nie powinno się wykonywać w pierwszym trymestrze. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości czy możesz dany zabieg wykonać, koniecznie skontaktuj się ze swoim lekarzem zanim umówisz się na konkretny termin.

W czasie ciąży odradza się wykonywanie następujących zabiegów:


  • zabiegi i kuracje wyszczuplające, drenujące i detoksykujące, mocne masaże antycellulitowe, body wrapping ze składnikami aktywnymi o silnym działaniu wyszczuplającym 
  • zabiegi z wykorzystaniem prądów i fal radiowych (jonoforeza, elektroforeza, galwanizacja)
  • zabiegi z wykorzystaniem ultradźwięków (peeling kawitacyjny, sonoforeza)
  • gorące kąpiele i sauna
  • makijaż permanentny, tatuaże, piercing
  • zabiegi silnie złuszczające, mocne kwasy i zabiegi algowe
  • laseroterapia (np. usuwanie blizn, przebarwień, zamykanie naczynek)


Listę zakazów mamy już za sobą. Pora na rzeczy przyjemniejsze, czyli na to, co dozwolone dla ciężarnych.


  • masaż relaksacyjny - dozwolony jest masaż całego ciała, twarzy i stóp, pod warunkiem że nie jest to mocny masaż tkanek głębokich
  • masaż tajski dla kobiet w ciąży 
  • przy dolegliwościach bólowych – masaż kręgosłupa wykonany przez fizjoterapeutę, kinesiotaping brzucha, pleców i innych części ciała wg potrzeb
  • manicure – głównie japoński, ale klasyczny również jest ok. Hybryda nie jest wykluczona, natomiast pomijać powinno się stosowanie kwasowych primerów.
  • pedicure – najlepiej w zaufanym salonie, gdzie mamy pewność że zachowana jest bezwzględna czystość i sterylność narzędzi

  • peelingi (np. cukrowe, kawowe) i maski na ciało, z wyłączeniem algowych i rozgrzewających
  • zabiegi nawilżające na twarz oraz inne zabiegi tzw. „białej kosmetyki” w gabinetach kosmetycznych, które dobierze dla Was kosmetolog 
  • specjalne zabiegi dla przyszłych mam, np nawilżające i uelastyczniające na brzuch i biust
  • akupunktura – pomoże się zrelaksować oraz rozprawić się z nudnościami, bólami głowy, zmęczeniem




Mam nadzieję, że zachęciłam Was do zadbania o siebie w rękach specjalistów. Mimo, że istnieją zakazy, to warto wziąć je pod uwagę i odpuścić sobie mocniejsze zabiegi na te kilka miesięcy. Odrobina relaksu i świadomość dbania o siebie to wspaniała rzecz dla ciężarnej :)



Źródła:

Bień, Agnieszka [et.al], „Zabiegi pielęgnacyjne i pielęgnacja skóry kobiety ciężarnej”, European Journal of Medical Technologies 2014/2(3), s. 66-71. 
Kasprzak Jerzy, "Zabiegi pielęgnacyjne i pielęgnacja skóry kobiety ciężarnej", European Journal of Medical Technologies, 2014/3 (4).
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3114665/#b1-0570665 
zdjęcia:pinterest.com, Priscilla Barbosa